Podczas naszej świątecznej objazdówki wypoczynkowej (przynajmniej w założeniu) miał miejsce pewien incydent. Otóż pewnego razu trzymałam Marysię na rękach i jednocześnie jadłam ciastko. Mania jak zawsze przyglądała się obiektowi, który wędrował do mojej buzi i najwidoczniej obmyśliła sobie w główce plan zdobycia go, bo po chwili, z przyczajki, zupełnie nagle rzuciła się całą sobą na ciastko, niczym gepard na gazelę przy wodopoju. Najpierw wbiło mnie fotel z niedowierzania, po chwili poniósł mnie niepochamowany śmiech.
Wniosek nasuwał się sam: dłużej nie można czekać. A oczekiwanie dodatkowo przedłużył nasz wyjazd. Ale przyszedł już czas na ten przełomowy moment pierwszej łyżeczki. Nie była to jednak ugotowana maminymi rękami domowa zupka, tylko marchew ze słoiczka. Kiedy mieszka się w mieście, w którym pani za ladą na prośbę klienta czyta skład produktu, ale podaje błędne informacje, żeby tylko sprzedać (a przykłady oszustw i naciągania można mnożyć) to zaufanie do sprzedawców osiąga poziom ujemny. Zatem zdrowych warzyw trzeba szukać tam, gdzie procent pewności jest najwyższy: we własnym ogródku bądź w słoiczkach. Z racji pory roku ta pierwsza opcja odpada.
 |
| 100% marchew |